"Wpadła mi myśl, że chciałabym mieć kolejne dziecko"
Najmłodszy biologiczny syn pani Joanny urodził się chory i kobieta często bywała z nim w szpitalu na oddziale neurologicznym. Tam spotkała Agnieszkę, mamę zastępczą chłopczyka z Fundacji Gajusz (fundacja prowadzi Tuli Luli).
- Rozmawiałyśmy jak rozmawiają mamy na szpitalnej sali, opowiedziała, jak to wygląda, no i wtedy wpadła mi taka myśl, że chciałabym mieć kolejne dziecko. Moje starsze latorośle też często powtarzały, że czekają na rodzeństwo. Natomiast nasz synek jest chory, nie znamy przyczyny jego choroby i nie chcieliśmy decydować się na kolejną ciążę
- opowiada pani Joanna.
Diagnoza często nie jest taka straszna jak się wydaje
Po rozmowie z mężem decyzja o stworzeniu domu dla kolejnego malucha zapadła.
- Zaczęliśmy powoli gromadzić dokumenty, ale nie spieszyło nam się. I nagle gdzieś w mediach społecznościowych fundacji mignęło mi zdjęcie Wiktora. Zobaczyłam w nim mojego chorego Janka. Ale dziecko z ciężką diagnozą na papierze przy odrobinie odpowiedniej terapii może funkcjonować jak wszystkie inne. Tylko bardzo często boimy się... (w tym momencie siedzący w wózku Wiktor krzyczy głośno: Mama!) Boimy się diagnozy, przeraża nas. A diagnoza często nie jest taka straszna jak nam się wydaje
- pani Joanna przez cały czas naszej rozmowy gładzi syna po głowie.
"To są po prostu nasze dzieci"
Rodzice poznali Wiktorka 4 sierpnia 2025 roku. Przez kolejne miesiące spędzali z nim coraz więcej czasu. Pani Joanna przyjeżdżała dwa razy dziennie. Wieczorem dołączał do niej mąż, żeby utulić synka do snu. Wreszcie 23 października - po decyzji sądu - maluch zamieszkał w swoim nowym domu. Dołączył do 22-letniego Grzegorza, 19-letniego Krzysztofa, 8-letniego Michała i 5-letniego Jana.
- Chłopcy traktują Wiktora jak brata, bardzo na niego czekali. W domu nie mamy podziału na dzieci biologiczne i niebiologiczne, to są po prostu nasze dzieci
- mówi pani Joanna.
Co roku w Polsce zostaje opuszczonych 700-800 noworodków
Ośrodek Tuli Luli przyjmuje dzieci z poważnymi schorzeniami, które po urodzeniu zostały opuszczone przez rodziców. Maluchy mogą tu przebywać do ukończenia pierwszego roku życia.
- Co roku w Polsce zostaje opuszczonych 700-800 noworodków. Takie dziecko, kiedy mama decyduje, że nie może zabrać go do domu, powinno trafić do rodziny zastępczej, do pogotowia opiekuńczego, czyli zamieszkać w czyimś domu. Ale niestety w Polsce drastycznie brakuje rodzin zastępczych. Dlatego ustawa przewiduje tworzenie interwencyjnych ośrodków preadopcyjnych, czyli, mówiąc wprost, specjalnych domów dziecka dla niemowląt. Natomiast w Fundacji Gajusz jest dla nas jasne, że najlepszym miejscem dla dziecka jest dom
- mówi Aleksandra Marciniak z Fundacji Gajusz.
Czternaścioro maluchów wróciło do biologicznych rodziców
Przez 10 lat Tuli Luli utuliło ponad 230 niemowląt.
- To jest największy sukces, że żaden z tych maluchów nie trafił od nas do domu dziecka. Dla czterdziestki wspólnie z ośrodkami zajmującymi się pieczą zastępczą znaleźliśmy rodziny zastępcze. Ponad 150 zostało adoptowanych. A czternaścioro dzieci wróciło do biologicznych rodziców
- pani Aleksandra uśmiecha się szeroko.
10-lecie Tuli Luli było świętem nie tylko maluchów, które dzięki ośrodkowi znalazły domy, ale też ponad 30 opiekunów i specjalistów, którzy przez te 10 lat zajmowali się nimi.
Komentarze (0)